Posty

kot

Wziełam sobie kotka, brak mi miłości i przytulania, mąż mnie nie chce, dzieci odpychają, muszę mieć kogoś do przytulania, bo oszaleję... Kotek jest chory, wymaga leczenia ale za jakiś czas będzie jak nowy :P Moja mama, na wieść ze mam kota, zaczęła lamentować ze i tak mam mnóstwo obowiązków w domu i w pracy, a dzieci ani mąż nie pomagaja mi przy sprzataniu i narzekam ze pies mi brudzi, wiec zamiast usunać psa, wzięłam kota... eh no moze trochę ma racji, ale czego się nie robi żeby poczuc trochę miłości... Wczoraj koleżanka zapytała mnie czemu spodnie mam w sierści, a gdy powiedziałam ze mam kota, skomentowała to tak samo jak mama(masakra, wiem ze mają rację... ale ja się na razie nie poddaje, walczę... chcę kota! i basta! ).

babcia

odeszła moja babcia, moja mama w zasadzie, to ona mnie wychowywała, ona się o mnie troszczyła, była chyba jedyna osoba, która we mnie szczerze wierzyła i była mi szczerze życzliwa, oddana... co ja teraz zrobię? nie mam już nikogo oprócz moich dzieci, a one przeciez niebawem odejdą do swoich przyjaciół, partnerów... zostałam sama i nie wiem co dalej? nie wiem jak mam teraz żyć?

na razie będę żyć...

będę chyba żyć, przynajmniej na razie... guzek którym tak straszyła mnie moja onkolog okazał się niezłośliwy... to doświadczenie było w pewnym sensie dobre(coś jak w tej książce: Rak jest moją szansą), bo leżąc w łózku z zapaleniem płuc po zabiegu miałam mnóstwo czasu na przemyślenia i zdałam sobie sprawe, że zmiarnowałam kupę czasu na użalanie się nad sobą, na uciekanie od problemów, szukanie azylu w komputerze, grach czatach... to do niczego nie prowadzi, to nie jest sposób na życie, coś w koncu muszę zrobić, coś zmienić... tylko co?

już po....

Jestem już po zabiegu, miałam komplikacje ale niestety przeżyłam... piszę niestety bo idąc na zabieg miałam nadzieję, ze nigdy się nie obudzę, ze nareszcie ktoś lub coś zrobi to za mnie i uwolni mnie od tego życia, że będę miała alibi na tą śmierć i dzieci nie będą miały pretensji, że je porzuciłam... i wprawdzie w trakcie zabiegu były komplikacje i wyladowałam na OIOM'ie ale odratowali mnie... eh chyba tak miało być. Może tak lepiej, bo gdy zobaczyłam przerażenie w oczach syna który mnie odwiedził zrozumiałam ze on nadal mnie potrzebuje... że muszę jednak dla niego żyć... pozostaje teraz tylko czekanie na wynik "histopato"...

urodziny

miałam urodziny, dzieci przyszły do mnie z prezentami a ja zamiast się cieszyć rozryczałam się na całego... boję się ze to moje ostatnie urodziny z dziećmi, ze ten rak mnie zeżre... jestem przerażona, nie wiem co robić? planować przyszłość? zabezpieczać jakoś dzieci? żegnać się z życiem? do maja mam jeszcze czas... nie wiem co będzie potem...

rozwód rozwód i po rozwodzie...

Mąż próbuje mnie zmusić do przepisania działki należącej do moich rodziców na nas, bo rzekomo chce się budować a ja wszystko blokuje, zamykam nasza przyszlosc. Teraz już wiem, że zrobiłam błąd przepisując na niego połowę mieszkania, które kupiliśmy za pieniądze moich rodziców i babci... on wciąż chce więcej i więcej. Moi rodzice chyba mieli racje zabraniając mi za niego wychodzić. Twierdzili, że on chce być ze mną dla ich pieniedzy, bo sam nigdy nie miał domu i rodziny, teraz dotarło do mnie ze trzeba było ich posłuchać, ale wtedy byłam na nich zbyt wściekła ze ingerują w moj związek by wysłuchać tego co do mnie mówią... Ostatnio nasze życie to jedno wielkie pasmo awantur o majątek moich rodziców i pieniądze. W listopadzie postawiłam się, zrobiłam awanturę, chciałam rozwodu lub przynajmniej rozdzielności majątkowej, jazda trwała dość długo, a mąż probował mnie straszyć, że sam notariusz będzie nas kosztować majątek bo przecież trzeba wszystko spisac i podzielic, wiec go zapytałam co c...

kolejna faza....

po serii kłotni z męzem, szarpania, wysłuchiwania jak po pijaku wykrzykuje mi ze jestem zimna suka, leniwą piz***, ze nic mi nigdy nie wyjdzie bo jestem do niczego i nic nie umiem, a on sie tylko zacharowuje na śmierc, a ja tylko udaje ze cche cos robic a nic nie robie, wymyslam nowe zajecia zeby nic nie robic itp,  wpadłam w faze rozmów z idiotami w necie.... po czym powietrze ze mnie uszlo i znowu nie mam ochoty wylazić z łóżka... gdyby nie dzieci i fakt ze musze im robić posiłki i prać to pewnie nigdy bym sie stąd nie ruszyla i tak zgnila.... gdy dzwonia do mnie z pracy, odpowiadam ze nie wiem kiedy wrócę... jak sie podnieść? nie umiem.... nie mam siły... juz nie mam siły na nic ... chce tu zostać i zgnic, umrzeć...